Varoska w Łodzi

2011-12-26 17:08:00
Zupa z dziczyzny ze Starego Sopranu Łosoś w sosie śmietanowo - porowym Palacinki


Varoska w Łodzi


Zmierzając pewnego sobotniego wieczora ulicą Traugutta w Łodzi na spotkanie ze znajomymi natknąłem się zupełnie przypadkiem na dość duży, drewniany szyld znajdujący się po drugiej stronie ulicy. Z uwagi na ciekawość oraz późną porę, a co za tym idzie, mniejszą ilość światła postanowiłem przyjrzeć mu się nieco bliżej. Okazało się, iż zapraszał on do restauracji serwującej potrawy kuchni węgierskiej. Lokal tak bardzo przykuł moją uwagę, że postanowiłem wrócić w to miejsce o bardziej przystępnej porze i przekonać się na własnym podniebieniu o jakości potraw naszych "bratanków od szabli i szklanki", serwowanych przez restaurację.

Kilka tygodni po tym wydarzeniu stanąłem w końcu w progach restauracji Varoska znajdującej się na ulicy Traugutta 4. Choć i tym razem w dużej mierze było to dziełem przypadku, gdyż pierwotnie planowałem odwiedzić inne miejsce. Ale lokal, o którym mowa okazał się być zamknięty. Zamknięty definitywnie... Ale wróćmy do meritum.

Od samego wejścia do lokalu przywitała mnie przemiła Pani obsługująca gości tego wieczoru. Z miejsca został mi przydzielony stolik i wręczone menu. Wnętrze lokalu mógłbym określić jednym słowem - magiczne. Panuje w nim niezwykle ciepła, wręcz domowa atmosfera. Samo usytuowanie restauracji przy ulicy Traugutta, przecznicy Piotrkowskiej, sprawia, iż jest ona zdecydowanie bardziej kameralna. Lokal jest niewielki, podzielony na dwie sale, które oddziela holl wejściowy, na każdej po kilka stolików. Aranżacja wnętrza jest bardzo klimatyczna, nawiązująca swym wystrojem do regionu, z którego pochodzą serwowane dania. Małe okna zamiast szklanej, dużej witryny pogłębiają uczucie spokoju i intymności. W zasadzie nie sposób jednoznacznie oddać klimatu Varoski za pomocą kilku epitetów. Żeby poczuć ciepło i domową aurę panującą w środku trzeba wybrać się tam osobiście.

Już na samym początku, zanim zdążyłem dobrze zaznajomić się z kartą dań zostałem bardzo mile zaskoczony poczęstunkiem zaserwowanym przez Kelnerkę. Pani uraczyła mnie delikatnym, domowym, białym winem serwowanym wprost z nalewaka degustacyjnego. Ot, taki sympatyczny oraz przyjemny dla oka i podniebienia start w dalszą kulinarna podróż. A na pierwszej stacji, używając kolejowej terminologii, pojawiła się Zupa z dziczyzny ze Starego Sopranu. Podana osobno obok talerza w mosiężnej misie. Nie zastanawiałem się zbyt długo nad przelaniem jej do talerza, gdyż pachniała rewelacyjnie! A smakowała jeszcze lepiej. Bardzo gęsta, konsystencją zbliżona do gulaszu, ciemnobrązowa zupa z dodatkiem groszku i marchwi z sowitymi kawałkami delikatnego mięsa z dziczyzny. Niejednej osobie tak syta i treściwa wersja zupy posłużyłaby niewątpliwie za danie główne. Ale jak mawiają, "apetyt rośnie w miarę jedzenia", z niecierpliwością oczekiwałem dania głównego. Creme de la creme spośród dwóch potraw serwowanych jako główne, które miałem okazję kosztować tego wieczoru okazał się Łosoś w sosie śmietanowo - porowym podany z opiekanymi ziemniaczkami (do wyboru). Fenomenalnie przyrządzona ryba - delikatna, krucha z aromatycznie zapieczoną skórką. Sos, którym oblany był łosoś idealnie współgrał kompozycyjnie z rybą, bardzo subtelny w smaku, z wyraźnie dominującą porową nutą. A ziemniaczki? Tak pysznych prawdopodobnie do tego momentu nie dane mi było zjeść. Soczyste w środku ( co w przypadku opiekanych ziemniaków jest niezwykle istotne), a chrupiące i wyśmienicie doprawione na zewnątrz. Absolutna poezja smaków.

Ale na łososiu kolacja się nie zakończyła. Kolejną porcję kulinarnych doznań dostarczył Bogracz Segetyński podany z tarchonią, czyli małymi kuleczkami makaronowymi. Być może z uwagi na zupę gęstością zbliżona do gulaszu mogłem zamówić inną potrawę, jednak wyszedłem z założenia, że tego wieczoru nie mogło na stole zabraknąć typowej węgierskiej potrawy,jaką właśnie jest bogracz. Mięso w gulaszu przyrządzone wyśmienicie, kruche i chude, rozpływające się w ustach idealnie skomponowane z gęstym sosem i mieszanką warzyw, wśród których, jak na Węgry przystało, dominująca rolę ogrywała papryka.

Jakby tego było mało, przepełniony do granic wytrzymałości obfitością posiłków skusiłem się na deser. Ale nie żałowałem. Palacinki z mielonymi orzechami i gorącą czekoladą, bo o nich mowa to absolutny majstersztyk! Wyśmienity naleśnik wypełniony po brzegi orzechową masą oblany czekoladą, z dodatkiem bitej śmietany. Deser ten był kwintesencją tego jakże wyśmienitego i udanego wieczoru.

Do Varoski z czystym sumieniem mogę zaprosić każdego chętnego spróbowania wyśmienitej kuchni węgierskiej. Ale lokal ten to nie tylko fenomenalne jedzenie. To również nadzwyczajny klimat tam panujący. Najlepszą rekomendacją tego miejsca niech będą liczne zarezerwowane stoliki oraz co chwile wchodzący nowi goście w bardzo różnym przedziale wiekowym, co jedynie potwierdza uniwersalność restauracji. Niespotykany klimat, przemiła obsługa, przystępne ceny, rewelacyjne jedzenie! Czego trzeba więcej?

Ratayh

Komentarze

    Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu. Bądź pierwszy!
Szukasz pracy? Zostań Managerem Dobrego Smaku!

Aktualności

wszystkie »